Tags

, , , ,

z życia wzięte

To ja Wam powiem, jak łatwo wprowadzić rekwizyt.
Dwa tygodnie temu, umówiłam się z koleżanką na kolację. Tatuś tego dnia kładł dzieci spać. Nic w tym nadzwyczajnego, gdyż robi to dosyć często. O 22.00 wchodzę do domu, a tam tatuś i synek (22m) siedzą sobie na kanapie, jedzą krakersy i oglądają film. ‘Płakał, nie chciał spać. Wchodziłem kilka razy, przypominałem o spaniu, ale i tak płakał, to go wziąłem tu.’

‘Naprawdę myślałeś, że to będzie dobry pomysł?’, pomyślałam, ale w rzeczywistości spokojnie powiedziałam: ‘OK mały, idziemy spać.’ Położyłam go do łózka i bez problemu zasnął. Oczywiście była wczesna pobudka, ale akurat nie o tym ten post.
Kolejny dzień. Dzieci położone spać. Nagle synek krzyczy, ‘Daddy, daddy, daddy keka, keka, keka (=cracker). Daaaaddy…’ i tak cały czas. Ja wieczorem pracuję, więc poprosiłam tatusia, aby się tym ‘zajął’.

Nagle słyszę: ‘Chcesz krakersa? Proszę, masz krakersa. Ale nie mów mamie…’
I takim o to sposobem synek każdego wieczora, jakieś 15 minut po położeniu spać zaczął nawoływać tatę i prosić o krakersy. Tata za każdym razem ulegał. Na początku nie było wielkiego problemu, bo nie budził siostry, nie było pobudek w nocy, ani wczesnych pobudek. Ja mogłam pracować w ciszy, nie musieliśmy słuchać jego nawoływania…
Ale…zaczęło nam to ‘zjadać’ wieczory. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że o 18.15 dzieci idą do łóżek i mamy ‘wolny’ wieczór, a nie zabawiamy dziecko krakersikami…

Tak więc po 10 dniach, powiedziałam mężowi, że czas się za to zabrać.

Pierwszy wieczór: jak zaczął wyć (jakieś 10 minut po położeniu spać) to dałam mu 15 i minut i potem weszłam. Oczywiście było ‘Where’s daddy? Keka, keka, keka.’. Powiedziałam, że tatuś śpi, że on też ma spać i że go nie wyciągnę. Kazałam mu położyć się i iść spać. Rzucił się na poduszkę, podłożył swoje dwie małpki pod brzuch i udawał, że śpi. Ja stałam przy łóżku. Co chwilę wstawał i zerkał, czy jestem. Jak tylko mówiłam ‘Idź spać. Położ się na poduszkę.’ (nasze słowa-klucz), to śmiał się i rzucał na poduszkę. Trudno było mi się nie śmiać razem z nim, ale cały czas miałam poważną minę i stanowczy głos. Co chwilę oddalałam się od łóżeczka aż doszłam do drzwi. Ciągle ten sam scenariusz: on wstaje, ja mówię słowa-klucz, on pada na poduszkę i się śmieje, leży jakiś czas, potem znowu to samo. Otworzyłam drzwi i już w drzwiach mówiłam słowa-klucz. Potem wyszłam. Synek zasnął bez płaczu. Wszystko zajęło jakieś 15 minut. (Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że córka śpiąca w tym samym pokoju w ogóle się nie obudziła, mimo że ja cały czas mówiłam normalnym głosem.)

Drugi wieczór: Dokładnie to samo, ale przy łóżeczku byłam z minutę, reszta przy uchylonych drzwiach (ja na zewnątrz i wkładałam tylko głowę). Wszystko zajęło 5 minut.

Trzeci wieczór: wracamy do porządku dziennego. Zero nawoływania, zero mojego wchodzenia. Synek od razu zasypia bez problemu.

Krakersy wyrzuciłam do śmieci.

Advertisements